Ach, znowu ten jego intensywny wzrok. Zdawałoby się, że dzięki niemu potrafi czytać w myślach. Tak, to kompletny absurd, ale cóż... Kto wie, co skrywa ta wiecznie uśmiechnięta twarz. Póki co nie zamierzałam o tym myśleć. Tym razem nie musiałam przypominać sobie tego, co mówił Isaac, bowiem każde jego słowo utworzyło sobie małe gniazdko w mojej głowie.
– Ty mi pomogłeś, więc ja pomogę tobie – zgodziłam się.
Wstaliśmy z podłogi. Automatycznie poczułam uporczywy ból w nogach wskutek kilkugodzinnego siedzenia po turecku. Położyłam podręczniki na szafce, a następnie zbierałam się z Isaacem i Shiloh'em do wyjścia. Jednak, gdy chłopak dotknął klamki poczułam lekkie wątpliwości, przez które na długo wbiłam wzrok w podłogę.
– W porządku? – podniósł jedną brew do góry, odwróciwszy się w moją stronę.
– A co jeśli zrobię coś źle? – wyjąkałam, zaciskając w dłoni nerwowo kraniec koszulki.
– Nie jesteś sama, a jak coś to pomogę – uśmiechnął się pod nosem i przekroczył próg.
Z delikatnym uporem również opuściłam pokój. Zatrzasnęłam mocno drzwi i przekręciłam klucz w zamku. Instynktownie zaczęliśmy iść wzdłuż korytarza, prosto do pokoju właściciela czterech psów. Okazało się, że czworonogi bardzo tęskniły, bo czekały bezpośrednio pod drzwiami. Cała gromadka powitała Isaaca chórem radosnych szczeków. Nie mogłam się nie uśmiechnąć. Chłopak jedynie wyposażył zwierzęta w smycze i nie przedłużając, wyszedł z pokoju.
– Chcesz potrzymać Shiloh'a? – spojrzał, podając mi smycz do ręki.
– Pewnie – odebrałam solidny pasek, obdarowując swojego wybrańca przelotnym spojrzeniem. – Pewnie nadal nie popierasz zejścia windą – starałam się przewidzieć czyny Isaaca.
– No nie – zaśmiał się cicho.
W sumie to zaczynałam przyzwyczajać się do schodów, dlatego też bez większych oporów zdecydowaliśmy się na czteropiętrową podróż. Jednak w połowie drogi nawiedziło mnie niewygodne wrażenie, że o czymś zapomnieliśmy. Stanęłam na ósmym schodku drugiego piętra w całkowitym bezruchu.
– Co się stało? – zapytał, nie ukrywając zdziwienia.
– A czym wykąpiemy Shiloh'a? – podrapałam się po głowie, drugą ręką łapiąc się balustrady.
– Szlag! – zaklął pod nosem, a któryś z psów głośno szczeknął, jakby dokładnie rozumiał każde słowo.
– Pobiegnę, gdzie trzymasz te wszystkie środki? – zapytałam, nie chcąc tracąc czasu.
– W łazience, dolna półka. Tam są szampony, a wodę mam nadzieję, że znajdziemy – odpowiedział pospiesznie, po czym ruszyłam do biegu. Twarde uderzenia moich butów prawdopodobnie było słychać nawet na pierwszym piętrze.
*A few moments later*
Wykonałam powierzone zadanie szybko i efektownie. Zapakowałam wszystko w jakąś przezroczystą torbę oraz biegiem udałam się na drugie piętro, gdzie wciąż czekał Isaac. Chłopak posłał mi zadowolony uśmiech.
– Gdzie będziemy go kąpać? – zapytałam w drodze.
– Może w parku? To niemalże obok akademika – zaproponował. – Jest tam też woda... z fontanny. Ale zawsze woda! – zaśmiał się.
Pokiwałam znacząco głową.
– I do tego ciepła – bez żadnych sprzeciwów przystałam na jego genialny pomysł.
W parku nie było zbyt dużej ilości osób. Parę studentów, chcących się spokojnie uczyć na łonie natury. Gdy znaleźliśmy fontannę, Isaac spuścił pozostałe trzy psy ze smyczy. Niestety biedny Shiloh musiał zadowolić się kąpielą. Co ja mówię, przecież będzie mu dobrze! Jakkolwiek dziwnie to brzmi... W sumie nawet nie zastanowiliśmy się, czy nie dostaniemy mandatu za kąpanie psa w fontannie.
Chwilę później Shiloh stał już na betonowej obudowie. Strumyki wody tryskające ze zbiornika delikatnie moczyły futro skulonego psa. Isaac wziął gąbkę i nasączył ją wodą, po czym wycisnął nad stojącym psem. O dziwo nie uciekał, stał w bezruchu.
– To chyba będzie twój ulubieniec w kwestii kąpania – uniosłam brew do góry, obserwując uważnie.
– Ciekawe czy byłby taki grzeczny, gdybyś nie była w pobliżu – chłopak uśmiechnął się, pochłonięty zajęciem. Bowiem dokładnie uważał, by woda nie dostała się do uszów Shiloh'a. – No dobra, teraz szampon. Podasz? – poprosił, a ja zaczęłam grzebać w torbie, dopóki nie znalazłam pudełka z uroczym narysowanym psem.
Isaac przytaknął w geście „dzięki”, a ja osłupiałam, gdy wypowiedział moje imię. To znaczy, wróciłam do rzeczywistości.
– Malia, chcesz spróbować? – zapytał.
– Tak! – chłopak podał mi szampon. – Tylko nie wiem za bardzo jak to się robi – wyznałam niepewnie, na co w odpowiedzi usłyszałam jedynie chichot.
– W schronisku tego nie robisz? – pogłaskał psa.
– Nie, tego nie – wytłumaczyłam, całkiem szczerze.
– No dobra – nim cokolwiek zdążyłam zrobić, chłopak chwycił delikatnie mój nadgarstek i pokierował go do miejsca, w którym miałam oblać psa odrobiną szamponu. Obserwowałam uważnie każdy jego ruch, z wyraźną ciekawością wypisaną na twarzy. – Teraz. Kiedy nalejesz wystarczająco, powiem „stop” – gdy ustalił idealne miejsce i wydał polecenie, zrobiłam dokładnie to, o czym mówił. Również przerwałam, kiedy usłyszałam kluczowe słowo. Później sama już zorientowałam się, co trzeba zrobić. Isaac zerknął na resztę gromadki, która latała radośnie po świeżo skoszonej trawie i wrócił do Shiloh'a.
Delikatnie wczepiłam palce w futro psa, masując je i rozcierając szampon, wskutek czego powstała spora ilość piany. Mogliśmy przewidzieć, że czworonóg zacznie za chwilę wytrzepywać się z wody na prawo i lewo – tak też zrobił. Zaśmialiśmy się krótko, kierując udawane niezadowolenie w stronę bezbronnego Shiloh'a.
– Ech... I jak ja teraz pójdę z tobą do kawiarni? Drugi dzień z rzędu jestem mokra – uśmiechnęłam się, wzrokiem mierząc również przemoczonego Isaaca.
Tym samym pytaniem potwierdziłam także to, że chętnie wybiorę się z nim do powyższego lokalu.
< Isaac? >
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz