wtorek, 3 maja 2016

Od Malii

Piękny sen, a w nim rajska, nasłoneczniona wyspa pokryta dookoła zielonymi zaroślami i długimi, wysokimi palmami, do tego ciepłe i czyste morze... – wszystko to rozpłynęło się w sekundę wraz z rozbijającym się o cztery ściany mojego biednego, zmęczonego umysłu dźwiękiem budzika. Nic nie jest w stanie zirytować mnie bardziej od niego. Spojrzałam; na urządzeniu migała godzina dziewiąta równa. Przetarłam zaspane oczy, marszcząc marudnie brwi, tym samym opisując mój niesamowity, poniedziałkowy zapał. Jednak nim całkiem się ogarnęłam, minęło dziesięć minut. Dopiero wtedy faktycznie zaczęłam przejmować się tym, że są dziś szkoła. Mimo to, wciąż nie dopuszczałam do siebie myśli o rozpoczęciu nauki po weekendzie, co naturalnie było przejściowe. [...] Rozciągnęłam się po nocy, unosząc ręce wysoko do góry, wydając przy tym dziki pisk – prawdziwi sąsiedzi z budynku powinni wiedzieć, że to mój codzienny odruch, gdy próbuje jakimś sposobem pobudzić mięśnie do współpracy. Zrzuciłam z siebie mięciutką pościel, po czym pobiegłam odwiedzić łazienkę, gdzie starannie umyłam zęby i doprowadziłam włosy do porządku, jeśli tę czuprynę można nazwać w ogóle porządkiem. Następnie ubrałam się w prawie wypadające z szafy ciuchy i w ekspresowym tempie zdecydowałam się na wyjście. Schowałam ręce w kieszenie, rozglądając się dookoła – wszędzie te same, zielone widoki i choć często je widuje, nie znudziły mi się ani trochę. „Prawa, lewa, prawa, lewa”, nuciłam sobie w myślach, gdy nagle wyrwał mnie z nich mocny cios w bark. Była to jakaś ciemnowłosa dziewczyna o szklanych, nieobecnych oczach. Nie zwróciłam na niej większej uwagi, ale zabrała mi czasu na tyle, bym spóźniła się na pierwszą lekcję. Sprawnie ominęłam tajemniczą osobę i prawie się potykając, wkroczyłam na długie i rozległe korytarze. Zamarłam w bezruchu, sięgając do kieszeni, gdzie wcześniej na szybko nabazgrałam dzisiejszy plan lekcji. Zmarszczyłam czoło, skupiając się na śladach po wyczerpującym się długopisie i w końcu, po jakimś czasie udało mi się rozczytać: basen. To chyba niedaleko. Miałam nadzieję, że pierwszy dzień w nowej szkole nie będzie tak wyglądał, ale widocznie musiał. Rozejrzałam się szybko, żadnej żywej duszy. Może dlatego, że zaczęły się lekcje. Westchnęłam głęboko, spuszczając głowę do dołu w wielkiej bezradności. Już miałam pogrążyć się w negatywnych myślach, gdy usłyszałam charakterystyczny dźwięk klapek obijających się o twarde podłoże, których właścicielką była kobieta po czterdziestce. Pomyślałam, że ta kobieta musi być związana z basenem, więc bez namysłu ruszyłam w bieg. Nie myliłam się – niska pani prowadziła prosto do ogromnego zbiornika. Podczas śledzenia w głowie przebiegło mi parę myśli: co za dyrektor wymyśla taki przedmiot jak „basen”? No, ale dobra, nie ja ustalam zasady. Nerwowo zebrałam powietrze i próbując uspokoić szalejące serce, wypuściłam się spokojnie z płuc. Cóż, normalnie, gdybym nie zdążyła na lekcje to po prostu odpuściłabym sobie dzisiejszy dzień, ale że to pierwszy, to starałam się zrobić „dobre wrażenie”. Jak się tego spodziewałam, kobieta w końcu powinna mnie zauważyć, jednak nie przewidywałam, że zrobi to aż tak agresywnie: odwróciła się szybko, gdy usłyszała moje kroki i posłała mi pogardliwe spojrzenie. 
– Dlaczego spacerujesz w czasie lekcji? Jak masz na imię? 
– Malia – odpowiedziałam, próbując zachować pełną kontrolę nad emocjami. Ostatecznie ścisnęłam torbę w dłoni. – Malia Hale. 
Wtedy kobieta jakoś dziwnie spojrzała na swój dziennik i wyczytała z niego moje imię. 
– No proszę, pierwszy dzień, a już świecisz przykładem – parsknęła z ironią. – Nie traćmy czasu, skoro mamy razem lekcję to ruszajmy, bo uczniowie czekają, aż wrócę. 
I mniej więcej tak dotarłyśmy do poszukiwanego przeze mnie miejsca, jakim jest basen. Wszyscy stali w rzędach metr przed basenem. Patrzyłam w tamtą stronę, dopóki nauczycielka nie rzuciła we mnie ręcznikiem. 
– Przebieraj się, Hale, nie będę na ciebie czekać – powiedziała. – Do szatni! 
Lekko przerażona, udałam się do wyznaczonego, niewielkiego budynku obok basenu. Tam przebrałam się w jakiś strój kąpielowi, który ze sobą zabrałam i wróciłam, oplatając się rękoma wokół. Nawet lekki wiatr potrafił wywołać na moich rękach gęsią skórkę. Wracając do zajęć: (prawie) wszyscy z polecenia nauczycielki wskoczyły już do wody. Idąc pewnym krokiem, zamierzałam zrobić to samo, gdy niespodziewanie pośliznęłam się po wilgotnych płytkach. Naprawdę bezpiecznie! Tak czy siak nie to było najgorsze, a to, że popchnęłam za sobą do wody jakiegoś chłopaka, który dopiero przygotowywał się do skoku. W efekcie nasza dwójka znajdowała się dwa metry pod wodą. Przed upadkiem zdołałam jeszcze wymówić szybkie i lekko przerażone "O Boże". 

< Tiago? No to piszę  >

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz