czwartek, 5 maja 2016

Od Malii C.D Isaaca

Lekcje skończyły się dziś tak wcześnie, jak zawsze. Jednak tym razem postanowiłam przerwać codzienną rutynę i zamiast po nauce wrócić do akademika, to wybrałam się do parku. Odkąd tu jestem, mój kontakt z naturą stał się bardzo kruchy, a teraz nadeszła szansa, by go wzmocnić. Zarzuciłam torbę na ramię i wyszłam z wielkiej budowli. Światło wczesnego popołudnia rzucało ostry blask, sprawiając, że wszystko wyglądało jasno i wyraźnie – zielone liście drzew i niemalże każdy centymetr trawy, której nie spowijał cień. Weszłam lekkim krokiem na chodnik, który mieścił się pomiędzy świeżo skoszonym trawnikiem. Dźwięk obijających się o twarde podłoże spodów butów zadudnił mi w głowie. Wzrokiem szukałam miejsca, które mogłabym zająć na całe popołudnie, a zarazem takie, co pomieści i mnie, i książki. Nie byłam jakoś skora do nauki, ale wciąż nie rozumiem tematu z matematyki. Myślami wróciłam do obrazu wspomnień; w poprzedniej szkole miałam pewną genialną przyjaciółkę, która często, gdy ją o to prosiłam, robiła potrzebne mi notatki oraz chętnie pomagała w pracach domowych. Wracając: jak się okazało, ławka nie pomieściła mnie i parunastu książek – bez zbędnego myślenia, przeniosłam się na trawę. Kiedy moja skóra spotkała się z miękką, suchą zielonością, przez całe moje ciało przeszedł pamiętny dreszcz. Odruchowo podniosłam leciutko kącik ust. Wyjęłam długopis i rozrzuciwszy książki dookoła, otworzyłam zeszyt. Czytałam formułki od nowa na okrągło, ale jakoś nie mogłam się skupić. Nawet szum liści potrafił wybić mnie z „rytmu”. Przestałam zakuwać, gdy nagle psia mordka wychyliła się zza rogu zeszytu. I wcale nie narzekałam. Całkiem odsunęłam notes i ujrzałam w pełnej okazałości pięknego, czarno–białego czworonoga. Na początku moją twarz odwiedziło wielkie zaskoczenie, potem zaś przekształciło się ono w szczery uśmiech. Ostrożnie wyciągnęłam dłoń, by dotknąć miękkie, czyste futro psa. O dziwo bez wahań dał się pogłaskać.
– Jak ci na imię? – zapytałam zwierzę nieco wyższym głosem, nie przerywając pieszczot.
Na szyi znalazłam obrożę, na której widniał napis „Shiloh”. Więc tak się nazywa przybysz. Zaśmiałam się pod nosem, po czym ni stąd, ni zowąd, pojawił się prawdopodobnie właściciel psa, którego rasa była mi nieznana. Jego cień mnie pochłonął, jak i całe promienie słoneczne, sprawiając, że sylwetka mężczyzny jakby emanowała jasnym blaskiem. Było to chwilowe, dopóki nie ukucnął i nie przyczepił do obroży czworonoga długiej smyczy. Przy okazji skierował do psa kilka słów, po czym zwrócił się do mnie:
– Przepraszam, jeśli cię zaniepokoił. Taki już z niego nieposłuszny łobuz. Chociaż widzę, że ciebie polubił – wydał z siebie lekki uśmiech, patrząc wprost.
– Jest całkiem miły – stwierdziłam i oboje wstaliśmy na równe nogi.
Dopiero teraz mogłam dostrzec wydatne kości policzkowe mężczyzny, idealnie komponujące się z niebieskim, intensywnym spojrzeniem. Drugie, co rzucało się w oczy to to, że był bardzo wysoki. Przez chwilę trwała cisza, przerwana jego odchrząknięciem. Wtedy dopiero zorientowałam się, że przez te parę sekund wpatrywałam się w niego niewyraźnym wzrokiem, który był delikatnie oślepiony promieniami słonecznymi.
– Isaac – podał pierwszy dłoń i przedstawił się.
Spojrzałam na nią i po krótkiej chwili odwzajemniłam uścisk:
– Jestem Malia. A jego już znam – obdarowałam psa przelotnym spojrzeniem, podnosząc kąciki ust. – Te też są twoje? – wskazałam, kierując wzrok w kierunku trzech czworonogów przywiązanych smyczą do oparcia. Chłopak pokiwał głową.
– Jak go tu znalazłaś? – zapytał po chwili.
– Biegał po trawniku – odparłam, palcem wskazującym dokładnie przedstawiając trasę, jaką przebył jego pies.
Isaac nieco rozluźnił smycz w dłoni, przez co niespodziewanie Shiloh wyrwał się, wziął w zęby mój zeszyt z notatkami i pobiegł wgłąb parku. Isaac był tak samo zdziwiony, jak ja. Spojrzeliśmy po sobie i zajęło to parę chwil, zanim oboje ruszyliśmy w pościg. Co jakiś czas przyspieszaliśmy oraz zwalnialiśmy, jednak ostatecznie pies wciąż był szybszy i bardziej wytrzymały.
– Żartujesz sobie? – westchnęłam marudnie, widząc jak Shiloh wbiega pomiędzy zraszacze. Tam skulił się, jakby nagle zaczął się czegoś bać. Rzucił zeszyt na bok i zaskomlał raz, jakby mówił „nie chciałem”. Stanęliśmy z Isaacem w bezruchu.
– Widzisz? To jednak łobuz – wyrównał oddech po męczącym pościgu i ukucnął, by zawołać psa. Ten reagował, ale widocznie bał się wyjść.
– Może powiem, żeby zatrzymali zraszacze? On się boi – zapytałam, jednocześnie stwierdzając.
– To nie będzie konieczne – niczym prorok, rozejrzał się i za chwilę wszystko się wyłączyło. Została tylko mokra trawa. – No dalej, Shiloh!
Zmarszczyłam czoło, obserwując całe zajście. Ważne, że te przeklęte urządzenie nie jest uruchomione. Korzystając z okazji, pobiegłam po zeszyt, wzięłam go do rąk i sprawdziłam, jak bardzo się przemoczył.
– Cho.lera... – przeciągnęłam, zmęczona. Jednak ani na psa, ani na właściciela nie powinnam się gniewać. I oczywiście tego nie zrobię.
– Jest cały? – wykrzyknął Isaac, który znajdował się niedaleko, poza zasięgiem zraszaczy.
– Da radę – odparłam.
Aż nagle, ni stąd, ni zowąd poczułam kropelką wody na mojej skórze.
– Isaac, wiesz kiedy wyłączają to cholerstwo, a wiesz, kiedy włączając? – zapytałam, próbując jakoś powstrzymać uczucie zbliżającej się „katastrofy”. On tylko odpowiedział jednym, krótkim „wiej”. Tak też zrobiłam, jednak nie byłam na tyle szybka i moje plecy oraz spodenki zostały spryskane wodą. Cóż, kąpiel jeszcze nikomu nie zaszkodziła, ale mam notatki! Uśmiechnęłam się pod nosem, a Isaac natychmiast podbiegł.
– Rany, kolejny raz muszę przeprosić za tego łobuza – uśmiechnął się krzywo, unosząc jedną brew do góry.
– Chociaż parę notatek ocalało – głęboko zaczerpnęłam powietrza, po czym spokojnie wypuściłam je z ust.
– A tak poza tym, to o co chodzi z tymi wszystkimi zakreślaczami? – chłopak spojrzał na nieco przemoknięte kartki, gdzie zauważył kolorowe linie na niektórych fragmentach tekstu.
– Zielony jest dla rzeczy, które rozumiem. Żółty dla „pracuję nad tym”, a... Czerwony oznacza, że nie mam bladego pojęcia. Przeważnie używam czerwonego – wytłumaczyłam.
O dziwo, nie byłam zła w związku z całym zajściem.

< Isaac? Nie czytałam drugi raz, więc mogą zdarzyć mi się małe wpadki >

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz