– Jak ci na imię? – zapytałam zwierzę nieco wyższym głosem, nie przerywając pieszczot.
Na szyi znalazłam obrożę, na której widniał napis „Shiloh”. Więc tak się nazywa przybysz. Zaśmiałam się pod nosem, po czym ni stąd, ni zowąd, pojawił się prawdopodobnie właściciel psa, którego rasa była mi nieznana. Jego cień mnie pochłonął, jak i całe promienie słoneczne, sprawiając, że sylwetka mężczyzny jakby emanowała jasnym blaskiem. Było to chwilowe, dopóki nie ukucnął i nie przyczepił do obroży czworonoga długiej smyczy. Przy okazji skierował do psa kilka słów, po czym zwrócił się do mnie:
– Przepraszam, jeśli cię zaniepokoił. Taki już z niego nieposłuszny łobuz. Chociaż widzę, że ciebie polubił – wydał z siebie lekki uśmiech, patrząc wprost.
– Jest całkiem miły – stwierdziłam i oboje wstaliśmy na równe nogi.
Dopiero teraz mogłam dostrzec wydatne kości policzkowe mężczyzny, idealnie komponujące się z niebieskim, intensywnym spojrzeniem. Drugie, co rzucało się w oczy to to, że był bardzo wysoki. Przez chwilę trwała cisza, przerwana jego odchrząknięciem. Wtedy dopiero zorientowałam się, że przez te parę sekund wpatrywałam się w niego niewyraźnym wzrokiem, który był delikatnie oślepiony promieniami słonecznymi.
– Isaac – podał pierwszy dłoń i przedstawił się.
Spojrzałam na nią i po krótkiej chwili odwzajemniłam uścisk:
– Jestem Malia. A jego już znam – obdarowałam psa przelotnym spojrzeniem, podnosząc kąciki ust. – Te też są twoje? – wskazałam, kierując wzrok w kierunku trzech czworonogów przywiązanych smyczą do oparcia. Chłopak pokiwał głową.
– Jak go tu znalazłaś? – zapytał po chwili.
– Biegał po trawniku – odparłam, palcem wskazującym dokładnie przedstawiając trasę, jaką przebył jego pies.
Isaac nieco rozluźnił smycz w dłoni, przez co niespodziewanie Shiloh wyrwał się, wziął w zęby mój zeszyt z notatkami i pobiegł wgłąb parku. Isaac był tak samo zdziwiony, jak ja. Spojrzeliśmy po sobie i zajęło to parę chwil, zanim oboje ruszyliśmy w pościg. Co jakiś czas przyspieszaliśmy oraz zwalnialiśmy, jednak ostatecznie pies wciąż był szybszy i bardziej wytrzymały.
– Żartujesz sobie? – westchnęłam marudnie, widząc jak Shiloh wbiega pomiędzy zraszacze. Tam skulił się, jakby nagle zaczął się czegoś bać. Rzucił zeszyt na bok i zaskomlał raz, jakby mówił „nie chciałem”. Stanęliśmy z Isaacem w bezruchu.
– Widzisz? To jednak łobuz – wyrównał oddech po męczącym pościgu i ukucnął, by zawołać psa. Ten reagował, ale widocznie bał się wyjść.
– Może powiem, żeby zatrzymali zraszacze? On się boi – zapytałam, jednocześnie stwierdzając.
– To nie będzie konieczne – niczym prorok, rozejrzał się i za chwilę wszystko się wyłączyło. Została tylko mokra trawa. – No dalej, Shiloh!
Zmarszczyłam czoło, obserwując całe zajście. Ważne, że te przeklęte urządzenie nie jest uruchomione. Korzystając z okazji, pobiegłam po zeszyt, wzięłam go do rąk i sprawdziłam, jak bardzo się przemoczył.
– Cho.lera... – przeciągnęłam, zmęczona. Jednak ani na psa, ani na właściciela nie powinnam się gniewać. I oczywiście tego nie zrobię.
– Jest cały? – wykrzyknął Isaac, który znajdował się niedaleko, poza zasięgiem zraszaczy.
– Da radę – odparłam.
Aż nagle, ni stąd, ni zowąd poczułam kropelką wody na mojej skórze.
– Isaac, wiesz kiedy wyłączają to cholerstwo, a wiesz, kiedy włączając? – zapytałam, próbując jakoś powstrzymać uczucie zbliżającej się „katastrofy”. On tylko odpowiedział jednym, krótkim „wiej”. Tak też zrobiłam, jednak nie byłam na tyle szybka i moje plecy oraz spodenki zostały spryskane wodą. Cóż, kąpiel jeszcze nikomu nie zaszkodziła, ale mam notatki! Uśmiechnęłam się pod nosem, a Isaac natychmiast podbiegł.
– Rany, kolejny raz muszę przeprosić za tego łobuza – uśmiechnął się krzywo, unosząc jedną brew do góry.
– Chociaż parę notatek ocalało – głęboko zaczerpnęłam powietrza, po czym spokojnie wypuściłam je z ust.
– A tak poza tym, to o co chodzi z tymi wszystkimi zakreślaczami? – chłopak spojrzał na nieco przemoknięte kartki, gdzie zauważył kolorowe linie na niektórych fragmentach tekstu.
– Zielony jest dla rzeczy, które rozumiem. Żółty dla „pracuję nad tym”, a... Czerwony oznacza, że nie mam bladego pojęcia. Przeważnie używam czerwonego – wytłumaczyłam.
O dziwo, nie byłam zła w związku z całym zajściem.
< Isaac? Nie czytałam drugi raz, więc mogą zdarzyć mi się małe wpadki
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz